Syndrom ratownika, czyli dlaczego musisz skończyć z uzależnieniem od pomagania?
Ostatnio zepsuła mi się lodówka i całe jedzenie musiałabym wyrzucić do kosza. Pożaliłam się o tym mojemu koledze – tak sobie. Chciałam tylko sobie ponarzekać, przecież nie jest to jakaś wielka tragedia. A on po prostu wsiadł w samochód, przyjechał do mnie 60 km w jedną stronę i zaczął naprawiać lodówkę. Mówił, że i tak nie miał nic do roboty. Zajęło mu to jakieś dwie godziny, ale udało się. Lodówka zadziałała. Ale potem? Potem stało się coś czego nie zapomnę. On nie wziął ode mnie niczego w zamian. Prawie się obraził, jak próbowałam mu chociaż za paliwo zwrócić. Nie wiem, co mam o tym myśleć. Kto normalny się tak zachowuje? Czy on jest jakiś… szurnięty?
Ten artykuł możesz też wysłuchać w formie filmu na YouTube lub słuchowiska na Spotify.
Uzależnienie od pomagania. Chociaż brzmi to nierealnie, naprawdę istnieje coś takiego i według badań nawet 30% społeczeństwa wykazuje do niego tendencje. Zazwyczaj nie świadczy to o żadnym problemie – ot, ktoś trochę chętniej opiekuje się innymi, ale w niektórych przypadkach może okazać się to bardzo szkodliwe, a nawet toksyczne.
Pomaganie innym daje nam szereg korzyści: poczucie sensu, satysfakcji, szczęścia i bliskości, a nawet według badań osoby altruistyczne żyją dłużej i w lepszym zdrowiu niż osoby samolubne. Powinniśmy więc pomagać innym. Ale różnica między lekarstwem, a trucizną zależy od dawki i tak jest też w tym przypadku. Na pewno kojarzycie ze swojego otoczenia przykłady takich osób, które trochę aż za mocno poświęcały się dla innych. Może jakiś kolega na studiach zrobił projekt za całą grupę, a potem narzekał, że nawet nikt mu za to nie podziękował? Może nadgorliwa matka codziennie odrabiała za swoje dzieci zadania domowe, nie zastanawiając się, że w ten sposób oducza ich samodzielności? A może jakaś koleżanka pozostawała w związku z chłopakiem alkoholikiem, próbując go za wszelką cenę wyciągnąć z nałogu, mimo że zdecydowanie mogłaby być dużo szczęśliwsza z kimś innym. Przesadne poświęcanie i większe zwracanie uwagi na cudze potrzeby, niż na swoje jest głównym objawem tak zwanego syndromu ratownika.
Nie jest to choroba, nie jest to zaburzenie. To po prostu psychologiczny wzorzec zachowań, który powoduje, że jednostka czuje silną potrzebę pomagania i opiekowania się kimś, co często powoduje powstanie toksycznych relacji zależnych z bliskimi. Chociaż zdarzają się również przypadki nałogowego pomagania nieznajomym.
Przed chwilą był tu starszy pan, który próbował coś rozczytać na rozkładzie. Widać było, że sobie nie radzi. Wiedziałam, że zaraz odjeżdża mój pociąg, ale i tak zatrzymałam się i zapytałam, czy nie potrzebuje pomocy. Potrzebował, dlatego zaprowadziłam go na jego peron. Był mi bardzo wdzięczny, ale… mój pociąg w tym czasie odjechał i teraz muszę czekać godzinę na następny.
Dzisiejsze anegdoty pochodzą po części ode mnie, ale po części zaczerpnąłem je z książki „Syndrom ratownika. Jak zadbać o siebie, gdy pomaga się innym”.
Porozmawiajmy więc o objawach syndromu. Ratownicy charakteryzują się przede wszystkim silną potrzebą wspierania innych i czują duże wyrzuty sumienia, kiedy muszą odmówić komuś pomocy, nawet kiedy mieli ważny powód, by odmówić. Trudno im zaakceptować, że nie są w stanie być wszędzie i wspierać, dawać szczęścia każdemu. Żeby więc unikać tych wyrzutów sumienia, starają się często być w gotowości – na przykład nigdy nie wyciszają telefonu, w razie gdyby ktoś miał mieć do nich jakąś potrzebę. Oprócz tego niejednokrotnie ignorują swoje własne złe samopoczucie, zdrowie czy potrzeby dla innej osoby. Sądzą, że przecież ważniejsze jest wspieranie w tym momencie przyjaciela, który na przykład zerwał z dziewczyną, niż położenie się spać, żeby później w pracy jakkolwiek funkcjonować. A następnego dnia nawet żałują tej decyzji i powtarzają sobie, że więcej tak nie poświęcą się dla nikogo, ale przy kolejnej okazji oczywiście nie potrafią zostawić bliskiej osoby w potrzebie.
A to prowadzi nas do pierwszych konsekwencji syndromu ratownika: wyczerpanie, wypalenie, stres i depresja. Ratownicy zawsze myślą, że dadzą radę, że są silni i niezłomni i bardzo często faktycznie są w stanie wytrzymać więcej niż przeciętnie, ale nie jesteśmy robotami. Za branie na siebie cudzych kłopotów w nadmiarze zawsze ostatecznie będziemy musieli zapłacić swoim zdrowiem, czasem lub innymi zasobami.
Jednocześnie ratownicy nie lubią przyjmować od innych pomocy, ponieważ również wtedy czują wyrzuty sumienia, że kogoś wykorzystują. Sądzą, że powinni zawsze radzić sobie samodzielnie. To jeszcze bardziej pogłębia presję, którą na siebie narzucają, a dodatkowo bardzo często prowadzi to do poczucia wykorzystania przez drugą osobę.
Tak, ratownicy najpierw oferują, a czasem nawet wmuszają komuś swoją pomoc, potem nie pozwalają się odwdzięczyć, a potem czują uraz do bliskiej osoby, że ich relacja jest tak nierówna i w zasadzie tylko oni się dla niej poświęcają. To bardzo częsty schemat.
Ludzie traktują mnie jak darmową pomoc psychoterapeutyczną. Piszą do mnie: „Słuchaj, czy mogę coś na szybko z tobą przegadać?”. Ale ja wiem, że to będzie kilkugodzinna rozmowa. Cała masa moich znajomych wpada, mówi o problemach i wypada. I w pewnym sensie jest to dla mnie bolesne, bo znikają, zanim zdążą podzielić się ze mną czymś pozytywnym i potem do końca dnia mam popsuty humor. Można odnieść wrażenie, że nie pojmują, jaką wyrządzają mi krzywdę. A kiedy jeden jedyny raz ja spróbowałam przemóc się i poprosić o pomoc, bo gorzej się czułam, to wszyscy nagle byli zajęci i nikt nie miał czasu mnie wysłuchać.
Kolejnym schematem, w który ratownicy często wpadają, jest tendencja do tworzenia relacji z problematycznymi osobami, na przykład z osobami uzależnionymi. Ratownik może wtedy wziąć sobie takiego partnera i objąć opieką, próbując zmienić na lepsze – oczywiście lepsze w opinii ratownika, bo nie zawsze jest to obiektywnie lepsze.
Opiekunowie czują się w takich relacjach dobrze i traktują swojego partnera trochę jak projekt do naprawienia. Z silnymi, samodzielnymi osobami mogą czuć się mniej potrzebne, dlatego wolą kogoś, komu można pomóc. Często sądzą, że tylko oni poprawnie zajmą się tą bliską osobą i bez ich wsparcia podopieczny sobie nie poradzi. Jednocześnie jeśli nawet zechcą w pewnym momencie przerwać taką relację, to nie będą potrafili tego zrobić. Zawsze przecież na pierwszym miejscu stawiają uczucia innych, a nie swoje, dlatego nie chcą ranić osoby, która przecież na nich polega. Mają też problemy z wyznaczaniem granic i wiele potrafią innym wybaczyć. Nawet kiedy okazuje się, że partner na przykład zdradza swojego opiekuna, ratownicy tłumaczą go na różne sposoby i ostatecznie zostają przy nim. A kiedy nawet podopieczny mówi, że nie chce się zmieniać i nie chce już pomocy, wciąż ratownicy mu nie uwierzą i będą próbować go zbawiać na siłę, oczywiście kosztem swojego własnego stresu.
Wmuszanie innym swojej pomocy, nawet kiedy nikt o nią nie prosił, jest również objawem syndromu ratownika, przy czym zwróćcie uwagę jak często może to prowadzić do problemów w relacjach. Nikt przecież nie lubi być zmuszany do niczego, nawet jeśli druga osoba ma dobre intencje.
Kiedyś pakowałam się na wakacje i nie chciałam mieć zbyt ciężkiej walizki, dlatego wyciągnęłam z niej część mniej potrzebnych ubrań. Kiedy dotarłam do hotelu, zorientowałam się, że moja mama dopakowała mi z powrotem tę samą bluzę, który wcześniej wyciągnęłam. Na pewno chciała tylko pomóc, ale ja poczułam się strasznie kontrolowana, jakbym w ogóle nie miała żadnej decyzyjności w moim życiu. Jakbym była jakaś głupsza. Od tego momentu nienawidziłam tej bluzy, bo przypominała mi o tym poczuciu wstydu i ostatecznie wywaliłam ją.
Osoba ratowana może czuć się poniżona, kontrolowana albo może mieć setki innych powodów, by odmawiać pomocy, a ratownik swoją napastliwością tylko wtedy przeszkadza. Dodatkowo przez takie nadmiarowe wsparcie osoba ratowana oducza się samodzielności i zaczyna polegać wyłącznie na wiedzy i umiejętnościach ratownika, a to przecież nigdy nie jest dobre i w dłuższej perspektywie krzywdzi podopiecznego.
No dobrze, wiemy już jak zachowują się ratownicy i dlaczego jest to szkodliwe dla wszystkich. Ale skąd w ogóle się bierze to uzależnienie od pomagania?
Trudno znaleźć jedną przyczynę, bo sam problem jest bardzo złożony i u każdego objawia się w różnym stopniu. Jednym z elementów wpływających na uzależnienie jest zbyt wysoka empatia. Ratownicy mają wysoką wrażliwość na emocje innych, co powoduje, że próbują ulżyć cudzemu cierpieniu, kiedy tylko mogą. Wzmacniać ten efekt mogą doświadczenia z dzieciństwa – jeśli dziecko musiało się opiekować na przykład rodzeństwem, to istnieje szansa, że w dorosłości również będzie automatycznie szukać osób, którymi może się zająć. Dziecko może też czerpać altruistyczne wzorce z otoczenia i jeśli często słyszało pochwały za pomocne zachowania, a było karcone, kiedy śmiało egoistycznie pomyśleć o sobie, to ostatecznie mogło mu się zakodować, że zawsze powinno myśleć o innych.
I jeszcze raz zaznaczę: sama w sobie ta myśl nie jest zła, powinniśmy pomagać innym i wychowywać dzieci, by stawały się altruistyczne. Nie należy jednak demonizować zdrowego egoizmu. Dbanie o siebie też jest istotne.
Mama lubiła kiedy byłam lekko chora i nie szłam do szkoły. Mogłam wtedy się nią opiekować. Prosiła mnie „Przynieś mi kapcie”, „Opróżnij popielniczkę”. Kiedy tylko chciałam odmówić jakiejś prośbie, natychmiast wybuchała i mówiła, że jestem niewdzięczna. Nawet kiedy wytoczyła sprawę swojemu pracodawcy o molestowanie, zwierzała mi się ze wszystkiego i pytała o porady, co ma zrobić. Wspierałam ją. Miałam 12 lat, ale nie mogłam być dzieckiem. Musiałam się nią opiekować.
Czasem przyczyną syndromu może być też niskie poczucie własnej wartości ratownika, które rekompensuje sobie poprzez pomaganie. Wspierając innych, może czuć się ważniejszy, dobry i doceniony, a nawet może mieć poczucie wyższości nad ratowaną osobą, co szczególnie często ma miejsce u osób narcystycznych.
I to właśnie od tych pozytywnych odczuć uzależniają się osoby nałogowo pomagające innym. Tak więc to nie do końca uzależnienie od pomagania, tylko bardziej uzależnienie od satysfakcji, poczucia wartości i siły, które z niego płyną. Dodatkowo w związku z tym niskim poczuciem własnej wartości syndrom często powoduje wyższą ambicję i poświęcenie dla pracy, a także współwystępu z syndromem oszusta. Ratownicy pragną docenienia i z tego powodu też starają się powstrzymywać od agresji żeby inne osoby miały dobrą opinię o nich.
Jeśli więc zauważyliście w sobie lub kimś bliskim, że mają syndrom ratownika, to pierwszy krokiem walki z nim jest przede wszystkim zauważenie problemu. Kiedy zrozumiemy, że nadmierne poświęcanie się dla innych szkodzi nam i często psuje relacje z bliskim, będziemy w stanie powoli zwracać większą uwagę na to i kontrolować swoje odruchy.
Kiedy następnym razem zauważycie moment, że chcecie komuś kompulsywnie pomóc, dajmy sobie może 4 sekundy na zastanowienie. Weźmy dwa głębokie wdechy, pomyślmy przez chwilę, czy na pewno mamy czas, zasoby, czy nie będzie miało to na nas złego wpływu i dopiero potem świadomie podejmijmy decyzję. Nawet jeśli wtedy uznamy, że chcemy pomóc, to będzie to już przemyślany wybór, a nie kompulsywny i automatyczny. Warto też ćwiczyć się w asertywności i wyznaczaniu granic, a jeśli ktoś te granice przekroczy, nie należy bać się zakończyć takiej toksycznej relacji. Jeśli dla kogoś macie wartość tylko wtedy, gdy może was wykorzystywać, to w gruncie rzeczy nigdy nie była to prawdziwa relacja. No i najważniejsze: dbajcie o siebie. Ratownicy często mają kłopot z zauważaniem swoich emocji i potrzeb – w końcu całe życie myślą przede wszystkim o innych, więc zwróćcie świadomie uwagę, czego wam potrzeba i zaopiekujcie się w pierwszej kolejności samymi sobą.
No i oczywiście jeśli sami sobie z tym problemem nie poradzicie, warto rozważyć terapię, na której nauczysz się, że twoja wartość nie wynika tylko z tego, czy jesteś przydatny czy nie. No bo jeśli wylądujesz kiedyś w szpitalu bez możliwości pomagania innym, to przecież twoja wartość nadal się nie zmieni. Zresztą zastanów się, czy ty sądzisz, że wszyscy wokół są źli, tylko dlatego, że nie poświęcają się dla innych tak jak ty? No nie sądzę. Raczej lubisz swoich bliskich nawet jeśli są trochę samolubni i wybaczasz im wszystko. Pamiętaj więc, żeby wybaczać też sobie.
No i właśnie warto sięgnąć też po w zasadzie jedyną książkę o tym temacie na rynku, bo stanowi ciekawą analizę syndromu ratownika z różnych perspektyw i ja polecam ją jako dobrą lekturę do takiej autoterapii. Pozwoli wam usłyszeć historie innych osób i odnieść te przykłady do siebie, a także zaprezentuje kilka ciekawych rozwiązań na zmianę myślenia. Także zachęcam do jej lektury, a z mojej strony to wszystko, do zobaczenia wkrótce, cześć!
