Dlaczego nie jemy mięsożernych zwierząt?
Człowiek znajduje się na szczycie łańcucha pokarmowego. Jeśli tylko chcemy, możemy upolować sobie na kolację wieloryba, lwa czy nawet rozdymkę, która ma w swoim ciele toksynę 1200 razy bardziej śmiertelną niż cyjanek, a mimo to dla Japończyków stanowi największy przysmak.
Człowiek jest w stanie upolować i zjeść wszystko, a mimo to z jakiegoś powodu ograniczamy się cały czas do zwierząt roślinożernych. Według badań, Polacy jedzą zdecydowanie więcej mięsa niż średnia Unii Europejskiej, ale na naszych stołach gości tylko drób, wieprzowina, ryby, wołowina… No trudno znaleźć w tym zestawieniu jakiekolwiek zwierzę typowo mięsożerne, a przecież mamy zasoby, by upolować czy nawet hodować takie niedźwiedzie, lisy, borsuki, kuny, jenoty, wilki i rysie. Dlaczego więc tego nie robimy?
Ten artykuł możesz też wysłuchać w formie filmu na YouTube lub słuchowiska na Spotify.
Przyczyn jest kilka. Po pierwsze hodowla zwierząt mięsożernych zwyczajnie się nie opłaca. Każde kolejne ogniwo łańcucha pokarmowego to większe skomplikowanie hodowli, a także większe straty energii. Na przykład wartość energetyczna jednego jabłka wynosi około 100 kcal. Na tym etapie my możemy zjeść to jabłko i sami przyjąć całą tę energię dla siebie, ale możemy też tym jabłkiem nakarmić powiedzmy świnię. Niestety świnia to żywe zwierzę, więc potrzebuje energii do podtrzymywania procesów życiowych – oddychania, utrzymywania ciepła, poruszania się i tak dalej. W związku z tym średnio 90% energii zaczerpniętej z jabłka zmarnuje się gdzieś po drodze i zaledwie 10% zostanie przeznaczone na budowanie ciała zwierzęcia. Nasze jabłko więc teraz jest warte zaledwie 10 kcal w formie mięsa wieprzowego.
Przy czym pamiętajmy że to tylko zaokrąglenie bo w tych 10% znajdują się przecież też na przykład zasklepianie ran, czy budowanie kości zwierzęcia, których nie spożywany.
Ale jeśli chcielibyśmy, to możemy teraz tą świnią nakarmić jakieś kolejne zwierzę – powiedzmy wilka. Jednak kolejne zwierzę w tym łańcuchu, to kolejne straty energii na funkcje życiowe i tak, zgodnie z zasadą Lindemana ponownie stracimy w ten sposób około 90% energii. Jeśli teraz chcielibyśmy zjeść tego wilka, to jak najbardziej możemy, ale wartość energetyczna jabłka, które było na początku wyniesie zaledwie jedną kalorię. Oznacza to, że żeby nakarmić świnię, a potem tą świnią nakarmić wilka musielibyśmy zużyć 100 jabłek i dopiero uzyskalibyśmy 100 kcal energii w formie mięsa wilczego. Jak więc łatwo zauważyć, najbardziej opłaca się nam po prostu jeść jabłka. Jeśli decydujemy się na jedzenie rośliny, czyli producenta w łańcuchu pokarmowym, to unikamy pośredników, dzięki czemu nie tracimy energii i marnujemy mniej zasobów. Ale jeśli już koniecznie chcemy zjeść mięso, to najbardziej opłacalne energetycznie będzie hodowanie zwierząt roślinożernych, bo dzięki temu zminimalizujemy straty energii po drodze.
Warto jednak zauważyć, że w przypadku polowań ten argument nie występuje. W końcu jeżeli upolujemy sobie niedźwiedzia na obiad, to nie interesuje nas to, czy wcześniej on zmarnował jakąś energię czy nie. To nie my ją dostarczaliśmy, niedźwiedź żywił się sam, więc z naszej perspektywy mięso to mięso.
Natomiast tutaj pojawia się oczywisty argument, że polowanie na drapieżniki wiąże się z dużo większym ryzykiem. Niedźwiedź może zaatakować myśliwego, co powoduje, że mądrzejszym rozwiązaniem będzie polowanie na zwierzęta mało niebezpieczne. Takie dziki na przykład rzadziej zrobią krzywdę człowiekowi, a do tego w przyrodzie znajdziemy ich po prostu więcej.
No według niektórych myśliwych to nawet 37 milionów w Polsce. A niektóre to nawet potrafią jeździć na rowerze.
Natomiast oprócz tych argumentów jest jeszcze jeden ważny powód, dlaczego nie powinniśmy jeść zbyt często zwierząt na dalszych poziomach łańcucha pokarmowego. Otóż mają one większe szanse na przenoszenie różnych pasożytów chorobotwórczych i toksyn. W końcu jeśli jakiś ryś w swoim życiu zjadł powiedzmy 10 000 myszy, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że niektóre z nich przenosiły jakieś choroby. Na przykład nicienie wywołujące włośnicę bytują właśnie w mięśniach różnych zwierząt i przenoszą się przede wszystkim, kiedy dane zwierzę zostanie zjedzone. Wtedy przez jelita wchodzą do mięśni nowego żywiciela i ponownie czekają, aż on umrze i zostanie zjedzony. Im więcej zwierząt w łańcuchu pokarmowym było wcześniej, tym większa szansa, że po drodze pojawił się gdzieś ten pasożyt. Według badań aż 35% lwów i 29% hien jest nim zarażona i my też, jeśli niedokładnie zagotujemy mięso lub zjemy je bez przebadania, to istnieje szansa, że zachorujemy na włośnicę. Zdarza się to szczególnie kiedy jemy dzikie mięso, ale w pojedynczych przypadkach zakażenie może pochodzić z mięsa hodowlanego. Objawami są wysoka gorączka, bolesność mięśni, bóle brzucha, biegunka, a niektóre przypadki mogą nawet zakończyć się śmiercią. Na szczęście mamy na nią skuteczne leki, ale jeśli nie zostanie odpowiednio wcześnie wykryta, może powodować groźne powikłania. Z tego powodu nie powinniśmy jeść nieprzebadanego mięsa.
Poza pasożytami warto zwrócić uwagę też na inne toksyny, które akumulują się w żywych organizmach wraz z kolejnymi poziomami łańcucha pokarmowego. Proces ten nosi nazwę biomagnifikacja. Niektóre toksyny i metale ciężkie występują naturalnie w środowisku, ale to działalność człowieka – przemysł i rolnictwo doprowadziły do znacznego wzrostu ich ilości w wodzie, glebie i powietrzu. Wszystkie organizmy w ciągu życia wchłaniają je do swoich ciał, a ich stężenie jest tym większe im dalej na końcu łańcucha pokarmowego znajduje się dany gatunek. Na przykład rośliny zawierają niewielką ilość rtęci przyjętą ze środowiska, ale kiedy roślinożercy je zjadają, przyjmują do swoich organizmów wszystkie toksyczne substancje z nich. Później kiedy ich z kolei jedzą mięsożercy, to również przyjmują do swoich organizmów dawkę toksyn ze swojego posiłku. Średnio w każdym kolejnym ogniwie łańcucha pokarmowego możemy znaleźć ośmiokrotnie więcej rtęci niż w poprzednim, co powoduje, że zwyczajnie jedzenie drapieżnych zwierząt staje się dla nas niebezpieczne. Zwiększona ilość rtęci w organizmie powoduje problemy z układem nerwowym, zwiększone ryzyko chorób sercowo-naczyniowych, a także zaburzenia rozwojowe u dzieci i płodów. Często występują też problemy z reprodukcją zwierząt lub zmianą zachowań z powodu tych zanieczyszczeń.
Ale my nie musimy raczej tak bardzo panikować. Jeśli nie dochodzi do jakichś katastrofy ekologicznej to objawy stężenia rtęci u ludzi są raczej subtelne, ale istnieją. Nie ma czegoś takiego jak w pełni bezpieczna dawka rtęci, więc powinniśmy unikać jej jak najczęściej, ale przy niskich stężeniach objawy zatrucia będą niezauważalne. Jest to jeden z powodów, dlaczego nie warto jeść drapieżników.
Ciekawym przykładem toksycznej bioakumulacji jest wątroba niedźwiedzi polarnych. Tak się składa, że wiele zwierząt arkrycznych na różnych poziomach łańcucha pokarmowego jest bogata w witaminę A i w końcowych ogniwach u drapieżników kumuluje się jej już tak dużo, że dla człowieka staje się po prostu trująca. Niedźwiedzie polarne ewolucyjnie przystosowały się do tego nadmiaru, ale dla nas zjedzenie wątroby drapieżników z tamtego regionu często kończy się śmiercią. Zaledwie 1/10 grama wątroby niedźwiedzia polarnego, czyli tyle co trzy ziarenka ryżu, zapewnia całą dzienną dawkę witaminy A dla człowieka.
Ale mimo tych toksycznych niebezpieczeństw ludzie nadal jedzą drapieżne zwierzęta – szczególnie ryby. Przecież szczupaki, tuńczyki czy łososie to jak najbardziej mięsożercy, a mimo to często lądują na naszych talerzach.
Wynika to trochę ze zwykłej tradycji, trochę z łatwości odławiania, a trochę z preferencji smakowych. Na szczęście jednak w tym wypadku nie musimy z nich rezygnować, bo eksperci zalecają spożywanie tych ryb, mimo nieco wyższych poziomów rtęci. Korzyści z ich jedzenia przewyższają ryzyko związane z toksynami w ich mięsie. Jedynie kobiety w ciąży powinny tutaj uważać, by dieta bogata w mięsożerne ryby nie wpłynęła na rozwój dziecka, ale poza tym wyjątkiem, jedzenie ryb jest po prostu zdrowe. Dodatkowo w hodowlach odpowiednio monitoruje się poziom rtęci, a same ryby karmi się paszami roślinno-mięsnymi, więc szczególnie ryby z hodowli mogą być tutaj bezpieczniejszym wyborem. Oprócz tego lepiej wybierać ryby o niskim poziomie ryzyka, takie jak dorsz, łosoś, czy tuńczyk jasny, ale już z tuńczyka białego i żółtopłetfowego lepiej zrezygnować.
Natomiast to, czego zdecydowanie należy unikać, to jedzenie dużych drapieżników szczytowych, w tym rekinów. W krajach azjatyckich zupa z ich płetw to danie często spożywane przy okazji różnych świąt, jednak aż 75% rekiniego mięsa przewyższa umowną bezpieczną granicę dotyczącą ilości rtęci. W mięsie rekina potrafi być nawet pięćdziesięciokrotnie więcej tej toksyny niż na przykład w tuńczyku. Regularne spożywanie ich mięsa, powiedzmy 150 gram tygodniowo, może prowadzić do przewlekłego zatrucia. Zastanówcie się więc, jeśli kiedyś będziecie chcieli spróbować tego typu obiadu.
Ale istnieje jeszcze jeden, być może najważniejszy powód, przez który nie jemy mięsa drapieżników. Jest ono po prostu mniej smaczne.
Drapieżnicy muszą być silni i sprawni do polowań, przez co mają mniej tłuszczu, a ich mięśnie są twardsze. To powoduje, że w smaku brakuje im soczystości i odpowiedniej tekstury, którą znamy z roślinożernych zwierząt. Warto też dodać, że smak mięsa zawsze zależy też od tego, co zwierzę jadło za życia. Niektórzy ludzie są na przykład w stanie rozróżnić wołowinę karmioną trawą od wołowiny karmionej ziarnami. No więc jeśli zwierzę jadło inne zwierzęta, razem z ich mało apetycznymi elementami, będzie to czuć w smaku jego mięsa. Podobno mięso drapieżników ma gorzkawy posmak.
A ostatnim powodem, przez który ludzie rzadko zjadają mięsożerne zwierzęta są po prostu przekonania religijne. W judaizmie jedzenie zwierząt drapieżnych jest zabronione, a Koran nie pozwala na spożywanie zwierząt z kłami lub szponami, czyli najczęściej właśnie mięsożerców. Z pewnością miało to też duże znaczenie w budowaniu naszych przyzwyczajeń żywieniowych.
Jak widać odpowiedź na niby proste pytanie okazała się całkiem złożona. Kiedy następnym razem przyjdzie wam ochota na stek z niedźwiedzia, to pamiętajcie, że raczej nie będzie to ani zdrowy, ani energetycznie opłacalny, ani nawet smaczny posiłek. Może jednak więc zamiast tego sięgnijcie po najbardziej opłacalne energetycznie jabłko? A tymczasem z mojej strony to wszystko, do zobaczenia wkrótce, cześć!
Źródła:
Trucizna w rozdymce: https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC4626696/
Wykresy na filmie: Biuro Analiz i Strategii Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, Rynek Mięsa, nr 42/2024
https://polskie-mieso.pl/badania-ilosciowe-i-jakosciowe/
Zasada 10%: https://en.wikipedia.org/wiki/Ecological_efficiency#Ten_percent_law
Włośnica: https://pl.wikipedia.org/wiki/W%C5%82o%C5%9Bnica_(choroba)
https://en.wikipedia.org/wiki/Trichinosishttps://en.wikipedia.org/wiki/Trichinosis
35% lwów i 29% hien ma włośnicę: https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC7067144/
O biomagnifikacji: https://mostwiedzy.pl/pl/publication/bioakumulacja-rteci-w-lancuchu-troficznym-organizmow-morskich,112220-1
https://pubs.acs.org/doi/10.1021/acs.est.4c05920
Objawy zatrucia rtęcią: https://en.wikipedia.org/wiki/Methylmercury
Witamina A u niedźwiedzi polarnych: https://en.wikipedia.org/wiki/Bioaccumulation
O drapieżnych rybach: https://www.merieuxnutrisciences.com/pl/zanieczyszczenie-rtecia-tunczyka/
Wpływ kwasów tłuszczowych omega-3 na układ sercowo-naczyniowy, Robert C. Block i Thomas A. Pearson, Preventive Cardiology Program, Department of Community and Preventive Medicine,
University of Rochester School of Medicine and Dentistry, Rochester, New York, USA
Hodowle ryb: https://pmc.ncbi.nlm.nih.gov/articles/PMC6480458/
75% rekiniego mięsa przewyższa normy rtęci: https://news.fiu.edu/2022/mercury
Smak mięsa: https://vocal.media/education/why-don-t-we-eat-carnivores
Inne źródła: https://pubs.acs.org/doi/10.1021/acs.est.4c05920
https://er.researchfloor.org/environmental-impact-of-pesticides-toxicity-bioaccumulation-and-alternatives/
